Fala końca świata cz1


Historia po części zainspirowana teledyskiem piosenki
ONE OK ROCK - Deeper Deeper

Proglog

- Mamo? - łka mały chłopczyk, trzymając się kurczowo materiału jej bluzki. - Gdzie idziemy?

Kobieta pochyla się, ociera mu łzy z policzka i próbuje się uśmiechnąć, choć w jej oczach drży strach.
- Colin, musimy iść w miejsce, gdzie nas nie znajdzie - mówi cicho, niemal szeptem. - Masz cztery lata… więc się już zaczęło.

Wyprostowuje się i chwyta go za rękę.
- Chodź, kochanie. Nie mamy czasu.

Za oknem szaleje burza. Niebo jest ciężkie, przytłaczająco niskie, a wiatr wyje między drzewami jak jakieś głodne zwierzę. Deszcz siecze po szybach, spływa strumieniami po zardzewiałych rynnach. W domu unosi się zapach wilgoci i kurzu, a każdy grzmot sprawia, że Colin drży.

- Ale mamo… boję się - chłopiec mówi przez łzy, zapierając się nogami o próg. - Zostawiliśmy Meku w domu! Wracajmy! Proszę, mamo, wracajmy!

Kobieta zatrzymuje się na moment, jej uścisk słabnie, ale zaraz znów się wzmacnia.
- Colin, proszę. Tu nie jest bezpiecznie, dobrze o tym wiesz. - Jej głos łamie się na chwilę. - Meku jest mądrym psem… poradzi sobie.

W tej samej chwili gdzieś za nimi rozlega się ryk - głęboki, nieludzki, tak potężny, że ściany drżą, a kurz sypie się z sufitu. Okno w kuchni pęka z trzaskiem. Colin piszczy, a kobieta bez namysłu chwyta go na ręce i biegnie do drzwi wejściowych.

Otwiera je, a do środka wpada zimny podmuch deszczu. Świat na zewnątrz tonie w ciemności i błyskach piorunów. Kobieta wychyla się, by upewnić się, że droga jest wolna -

…i wtedy coś z drugiej strony zatrzaskuje drzwi z potwornym hukiem.

W jednej chwili wszystko kończy się.

Jej ciało osuwa się bez życia na ziemię, a chłopiec upada razem z nim.

Krzyczy.
Płacze.
Woła:
- Mamo?! MAMO! Mamo! MAAMO!!

Ale burza zagłusza wszystko.
Tylko wiatr odpowiada, zawodząc w pustym domu.

Po chwili wszystko cichnie. Ryk. Deszcz. Krzyk. Cisza tak głęboka, że słychać tylko trzask płonącej świecy gdzieś w kącie.

W progu pojawia się mała dziewczynka. Staje w świetle błyskawicy, przez chwilę obserwuje ciało kobiety i skulonego przy nim chłopca.
Powoli podchodzi, przykuca. Jej dłoń jest chłodna, kiedy gładzi Colina po włosach.

- Witaj, braciszku - mówi łagodnie, z dziwnym uśmiechem. - Cieszę się z naszego pierwszego spotkania.


Rozdział 1 

Ktoś śpiewa.
Kto?

Słodki, krystaliczny głos oplata moje ciało niczym mgła. Śpiewaj dalej, błagam. Pozwól mi się zatracić, zapomnieć o wszystkim, co mnie spotkało, spotyka i spotka.
Nie chcę już żyć, ale muszę.
Czy to ma jakikolwiek sens?

Nie.  



                                                                    ***


– COLIN! Colin, do jasnej cholery, wstawaj!

Dźwięk głosu przerwał ciszę. Do niewielkiego, ciemnego pokoju bez okien wpadła dziewczyna o długich, jasnych włosach. Jej blond pasma, splecione w luźny warkocz, lśniły nawet w bladym świetle pojedynczej lampy zwisającej nad łóżkiem. Miała na sobie przyduży, szary sweter, pod którym widać było skórzane, miejscami przetarte spodnie.

Pokój był zimny, duszny i zagracony. Metalowe łóżko z cienkim materacem, kilka porozrzucanych książek i pusta butelka po wodzie. W kącie, na skrzynce, leżało coś, co mogło kiedyś być ubraniem. W powietrzu unosił się zapach wilgoci i kurzu — jakby to miejsce nigdy nie było naprawdę zamieszkane.

Na łóżku leżał chłopak — Colin. Ciemne, potargane włosy opadały mu na oczy. Miał bladą twarz, lekko skrzywiony nos i cienie pod oczami, świadczące o chronicznym braku snu. Wyglądał na kogoś, kto od dawna nie spał spokojnie.

– Inez, daj mi spokój – burknął spod kołdry, jeszcze mocniej wtulając się w zniszczoną poduszkę.

– Colin, wiesz dobrze, że Anna nienawidzi, kiedy ktoś się spóźnia! – odparła ostro, marszcząc brwi. – A że ja za ciebie odpowiadam, to znowu mi się oberwie. Nie mam zamiaru znowu skakać po dachu, jak tydzień temu!

– Daj mi pięć minut, kobieto – mruknął zaspanym, chrapliwym głosem. – Nic ci się nie stanie, jak poczekasz.

– Stanie! – syknęła, stając z rękami na biodrach. – Jest szósta rano, a jej zajęcia zaczynają się za piętnaście minut! Droga do niej zajmuje nam przynajmniej siedem. Bęcwale, wstawaj i nie utrudniaj mi życia!

– No już, już wstaję… – wymamrotał zrezygnowany. – Teraz możesz wyjść? Daj mi chwilę, zaraz będę gotowy.

Inez przewróciła oczami i wyszła, trzaskając drzwiami. Przez chwilę w pokoju znów zapanowała cisza — tylko szum wiatru w rurach przypominał, że świat na zewnątrz jeszcze istnieje.



                                                                ***

Droga do Anny prowadziła przez zniszczone osiedle. Ulice były puste, spowite bladym światłem poranka. Mgła leżała nisko nad ziemią, kryjąc resztki zardzewiałych samochodów i powykrzywionych znaków.

Colin szedł z rękami w kieszeniach, skulony, jakby chłód próbował przeniknąć przez jego skórę. Inez dreptała obok, a jej głos - szybki, pewny, niecierpliwy - rozcinał ciszę.

- Colin, kurna, słyszysz mnie? - warknęła w końcu. - Weź mnie w końcu słuchaj, bo ci zaraz przywalę!

Chłopak nawet na nią nie spojrzał.
„Co to był za sen? Ten głos… był tak znajomy.”
Im bardziej próbował sobie przypomnieć, tym bardziej wszystko się rozmywało - jak wspomnienie wypalone przez słońce.

– Czego chcesz? - rzucił w końcu zrezygnowanym tonem. - Nie wystarczy ci, że gadasz do siebie?

Nie zdążył się odsunąć - dostał z otwartej dłoni w tył głowy.

- Po prostu ze mną porozmawiaj! - fuknęła Inez. - W końcu jestem twoją siostrą!

- Ta… już to widzę - mruknął, zerkając na nią spod półprzymkniętych powiek. - Że taka franca jak ty to moja siostra. Naprawdę ci wierzę.

- Colin! - syknęła ostrzegawczo, ale on tylko uśmiechnął się krzywo.

Mgła gęstniała, gdy w oddali zaczęła majaczyć sylwetka budynku. W jednym z okien mignęło słabe światło.
Tak - to było ich miejsce docelowe.

                                                                ***

Mgła unosiła się nisko nad brukowanym dziedzińcem, gdy Colin i Inez podchodzili do szkoły. Lamina Caelestis wznosiła się przed nimi niczym stary zamek - surowe, kamienne mury łączyły się z metalowymi balustradami i dużymi, przeszklonymi oknami. Stalowe elementy wtopione w strukturę nadawały jej nowoczesny, wyrafinowany charakter, a zarazem poczucie trwałości i siły.

Inez podskakiwała lekko obok Colina, jej jasne włosy falowały na wietrze. Colin maszerował powoli, w myślach próbując uporządkować poranne wspomnienia i sen, który ciągle się w nim plątał. Nie spieszył się - szkoła zawsze przyjmowała go takim, jakim był: z jego zdolnościami i z problemami poranka.

Drzwi otworzyły się, a przed nimi stanęła Anna. Krótkie, brązowe włosy przylizane do głowy, czarny sportowy strój i spojrzenie tak przenikliwe, że trudno było od niego uciec. Jej twarz, choć surowa, miała w sobie coś nieuchwytnego - cień uprzejmości, który pojawiał się tylko w wyjątkowych momentach.

- Wybacz, Pani dyrektor - zaczęła Inez, prostując się natychmiast. - Ktoś, jak zwykle, miał mały problem ze wstawaniem.

Kącik ust Anny drgnął lekko. Nie był to uśmiech, raczej odruch kogoś, kto walczy z irytacją.
- „Ktoś”, mówisz… - odparła chłodno. - Ciesz się, że dziś jestem w nastroju na wyrozumiałość. Wchodźcie, zanim mi przejdzie.

Colin parsknął cicho, ale zaraz tego pożałował - spojrzenie Anny mogło przebić stal.

W środku szkoły panował przyjemny półmrok. Światło wpadało przez wysokie, witrażowe okna, odbijając się od kamiennych murów i stalowych poręczy. W powietrzu unosił się zapach starych ksiąg, świeżo wytartej podłogi i ozonu - jakby powietrze było naładowane energią uczniów, którzy potrafili więcej, niż powinni.

Z sal dochodziły ciche odgłosy wykładów, szelest kartek, pomruki i stłumione śmiechy. Colin poczuł dziwny spokój. W przeciwieństwie do zewnętrznego świata, tutaj panował rytm, który mógł zrozumieć.

Anna skinęła głową, dając znak, że czas ruszać dalej.

- Widzisz? - szepnęła Inez z rozbawieniem, nachylając się do brata. - Nie każą nam od razu biegać po korytarzach ani lądować w izolatce. To miejsce naprawdę ma więcej cierpliwości niż gdziekolwiek indziej.

Colin tylko skinął głową. Wiedział, że Lamina Caelestis była czymś więcej niż szkołą.

Była azylem - miejscem, gdzie nadprzyrodzeni mogli poznać granice własnych mocy, a może nawet… znaleźć kogoś, kto rozumie, jak to jest żyć między światami. zdolności mogą być bezpiecznie rozwijane. W końcu Lamina Caelestis była czymś więcej niż zwykłą szkołą - była miejscem, gdzie każdy nadprzyrodzony mógł znaleźć swoje miejsce, poznać granice własnej mocy, i - być może - znaleźć kogoś, kto naprawdę rozumie, czym jest życie między światami.


                                                                ***


Sala, w której odbywały się zajęcia z Kontroli Przepływu Energii, mieściła się w najstarszym skrzydle Lamina Caelestis.
Kamienne ściany, gdzieniegdzie popękane, połyskiwały chłodnym blaskiem kryształów zatopionych w suficie. W powietrzu unosił się zapach ozonu i spalenizny - jak po burzy, która nigdy się nie kończy.

Długi stół z ciemnego drewna zajmował centralną część sali. Krzesła ustawiono półkolem, by każdy widział prowadzącą… i by nie dało się przed nią ukryć.

Colin i Inez zatrzymali się w progu. Anna stanęła przy tablicy, w dłoniach obracając metalową kulkę, która pulsowała delikatnym złotym światłem.

- Dobrze - powiedziała spokojnie, nie podnosząc wzroku. - Skoro wszyscy już dotarli, możemy zacząć.

Kulka uniosła się nad jej dłonią i rozpadła w powietrzu, zostawiając po sobie migoczącą smugę.
- Dzisiejszy temat: stabilizacja przepływu energii. Brzmi prosto, prawda? - Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. - Większość z was nie potrafi jeszcze utrzymać własnej energii w ryzach. A to może być… śmiertelnie ciekawe doświadczenie.

Colin rozejrzał się po sali.

W rogu, niemal przyklejona do ściany, siedziała Shiro - dziewczyna ubrana cała na czarno, z kapturem nasuniętym na głowę. Jej włosy, równie ciemne, opadały na twarz, zasłaniając prawie wszystko. Siedziała cicho, bez ruchu, ale Colin natychmiast poczuł, że coś jest nie tak.

Powietrze wokół niej było inne. Cięższe. Jakby tłumiło dźwięk, jakby pochłaniało światło.
I wtedy to zobaczył.

Za jej plecami stała postać.
Blada, półprzezroczysta, o pustych oczach, które wyglądały jak dwie ciemne dziury w przestrzeni. Kobieta - a może dziewczyna - miała rozdarte usta i włosy unoszące się w powietrzu, jak pod wodą. Patrzyła na Shiro, a jej dłoń spoczywała na ramieniu dziewczyny.

Colin zamarł.
Otworzył usta, by coś powiedzieć - ale wtedy widmo spojrzało prosto na niego.
I zniknęło.

- Colin, idziesz, czy wrosłeś w próg? - szepnęła Inez, szturchając go łokciem.

- T… tak. - Otrząsnął się, jakby wyrwany ze snu.

Obok Shiro siedział Matt - wysoki, barczysty chłopak o włosach w kolorze płomieni. Siedział rozwalony na krześle, z nogami na ławce obok, a w jego spojrzeniu czaiła się kpina. Co chwilę zerkał w stronę Shiro, jakby szukał okazji, żeby coś powiedzieć - albo sprowokować.

Nieco dalej, przy oknie, siedziała Luna - przeciwieństwo całej tej dwójki. Krótkie, białe włosy błyszczały w świetle, a oczy miała tak jasnoniebieskie, że wydawały się niemal przezroczyste. Gdy tylko zobaczyła rodzeństwo, uśmiechnęła się szeroko i pomachała.

- Nowi? - szepnęła z entuzjazmem. - Super! W końcu ktoś świeży, nie tylko nasze ponuractwo.

Matt prychnął.
- Cicho, Luna. Jeszcze twoja energia strzeli w sufit, jak ostatnio.

- Lepiej już w sufit niż w we własną twarz, jak u ciebie - odcięła z uśmiechem.

- Cisza. - Głos Anny przeciął powietrze jak ostrze. - Colin, Inez, miejsca obok Luny są wolne. I nie udawajcie, że przyszliście tu z ciekawości. Wszyscy wiemy, dlaczego tu trafiają.

Inez przewróciła oczami, ale posłusznie usiadła. Colin usiadł obok, wciąż czując dreszcz w kręgosłupie. Spojrzał jeszcze raz w stronę Shiro, ale cień zniknął. Jakby nigdy go tam nie było.

Anna odłożyła notatnik na biurko.
- Przepływ energii to nie tylko siła. To emocje. Strach, gniew, ból - wszystko, co w sobie dusicie, karmi wasze zdolności. - Przeszła wzdłuż ławy. – A większość z was ma z tym ogromny problem.

W tym momencie z dłoni Luny wydobył się błękitny błysk - drobna iskra przeskoczyła między jej palcami, znikając po sekundzie. Dziewczyna speszyła się i szybko opuściła ręce.

- Właśnie o tym mówię. -  Anna uniosła brew, ale w jej głosie słychać było raczej ironię niż złość. - Zanim nauczycie się kontrolować energię, musicie nauczyć się kontrolować siebie.

Colin oparł łokcie na ławce, obserwując, jak nauczycielka krąży po sali. Każdy uczeń emanował czymś innym - jedni gniewem, inni strachem. On zaś czuł wszystko naraz. I coś mu mówiło, że to dopiero początek.

- Coś mi mówi, że to nie będzie spokojny semestr - mruknęła Inez pod nosem.

Colin nie odpowiedział. Wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stał duch.
Bo choć zniknął, miał dziwne wrażenie, że to coś dalej tam jest.
.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz